|
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Dobre do czytania
Dobre do słuchania
Moje
Tagi
|
środa, 05 października 2011
Szczęściarze, którzy wiedzą na kogo głosować mają problem z głowy, mi się trafił okręg w którym blado kojarzę z jedną osobę. Sam wybór partii to jest słaba opcja, partie są jak pudełka czekoladek, nigdy nie wiadomo co się trafi. Co trzeba zrobić: 1. Jeśli ma się już wybraną partię, to wystarczy iść na stronę partii, klikamy w baner/link serwisu wyborczego, odnajdujemy nasz okręg wyborczy i przeszukujemy listę kandydatów. 2. Jeśli jakaś partia nie ma takiego serwisu, zapominamy o tej partii. Jeśli nie potrafi zorganizować sobie takiej elementarnej sprawy, nie będzie potrafiła rządzić. 3. Czytamy wizytówki kandydatów. Jeżeli wizytówka jest niedostępna, zapominamy o kandydacie. Niby wizytówka, którą sobie kandydat robi sam lub robią mu fachowcy to lipa, ale czasami nawet lipa wystarczy, żeby zwolnić zasoby pamięci. Np. widzę, że ktoś chwali się działalnością w Fundacji Opoka, to robię „papa”. 4. Jak już zostaną kandydaci/ kandydatki, którzy się nie wyeliminowali sami, to trzeba się na kogoś zdecydować. Osobę na którą się decydujemy, polecam dodatkowo dogooglować. ( Hardkory mogą sprawdzać jak kto za czym głosował http://orka.sejm.gov.pl/) 5. Jeśli znajdziemy coś co nas zrazi, wracamy do kroku czwartego. 6. W dniu wyborów idziemy do naszego lokalu wyborczego, znajdujemy listę, znajdujemy imię W szczególności, jeśli ktoś się połasił i chce głosować na partię Palikota, to Jeśli chodzi o głosowanie na PO, to też zalecam dokładne sprawdzenie na kogo się głosuje, bo mają duży rozrzut. Ja nie chciałbym oddać głosu na jakiegoś katolickiego fundamentalistę, a na takowych łatwo można się „nadziać”. Najłatwiej mają wyborcy PiS, nawet jeśli są zdolni do myślenia i potrafią googlować, to i
środa, 14 września 2011
Z jakiś miesiąc temu zagrałem sobie w nowego Wiedźmina. No niby dobra gra, nawet świetna pod wieloma względami ale coś jest z nią nie tak. Graficznie jest OK, fajnie dopracowana. Trochę nie wychodzi picie z butelki, ale to pewnie jakiś grubszy problem z tym, że bohaterowie nie potrafią sobie trafić do ust. Tylko po co w takim razie takie ujęcia. Byłem akurat świeżo po łyknięciu "na raz" wszystkich tomów Wiedzmina Sapkowskiego i jak większość po osttnim tomie miałem ochotę na więcej (ale i tak trylogia husycka rules). Fabuła gry w zasadze ulżyła spragnionemu, więc jest ok. Sama postać Wiedzmina jak dla mnie wypas. Wiedźmin jak malowanie. Gra aktora, który był głosem Wiedźmina świetna. Nota bene nie jest łatwo się dowiedzieć, że to Jacek Rozenek. Moim zdaniem głównie aktorzy w powinni być wymienieni na okładce gry. Inne postacie też bardzo mi się podobały. Ze swoim charakterem, ciekawym wyglądem, jakąś swoją filozofią życiową, tekstami itd... Nie podobało mi się to, że niby nieliniowa i ma się wybór różnych ścieżek, a jednak czułem się jakbym szedł po sznurku. Przejście niektórych fragmentów bez poradnika zamienia ekscytującą przez pierwszych kilka podejść rozgrywkę w nużącą harówkę. Gdyby nie jakiś filmik na yotube to bym się długo męczył zanim bym doszedł do tego, że trzeba wbiec na most, żeby dobić Kejrana. Też szkoda, że jak się już rozwinie postać i ma się już te opcje z ciosami grupowymi itd, to właściwie nie ma kiedy się tym nacieszyć, bo już się gra kończy.
wtorek, 13 września 2011
Witam! Nawet ja prosty górnik, czasami nie mogę, jak coś w gazetach zaczną wypisywać. Np. Wyborcza, a dokładniej Maciej Samcik wczorał obalał mity ekonomiczne. Ten dziennikarz specjalizujący się w tematyce finansowej śmieje się wraz z jakimiś wyimaginowanymi inwestorami z obniżki rankingu US przez S&P. Ja tam nie znam się, finanse to zdecydowanie nie moja działka a bez excela nie potrafię wykonać prostej operacji matematycznej. Ale potrafię korzystać z googla. Wystarczy zapytać gugla, kto kupuje obligacje amerykańskie, żeby dowiedzieć się z pierwszych linków, że około 26% mają Chiny, 20% Japonia. Chiny i Japonia po prostu nie mają komu tego sprzedać, a panika zbyt wiele by ich kosztowała, więc muszą kupować. Zwiększony popyt i to przy oprocentowaniu, które w wartościach realnych oznacza stratę jest po prostu najtańszym sposobem ratowania sytuacji. Kłopoty Stanów Zjednoczonych kosztowałby by wszystkich zbyt wiele. Kupując obligacje USA przynajmniej nominalnie nie jest się stratnym, a pomoc Grecji, to pieniądze, których się już nie odzyska. Swoją drogą przy takim oprocentowaniu USA musi pożyczać, każdy w miarę przytomny brałby darmową gotówkę.
środa, 07 września 2011
Dzisiaj polecam kawałek Piotra Bukartyka „Kolka jelitowa”. W szczególności polecam go koledze o wzdętym przydomku Azrael. W kazaniu o Piesiewiczu „z gracją” wykorzystuje niepowodzenia senatora do ulżenia własnym frustracjom i demonstracji swojej moralnej dorodności. Zaprawdę powiadam Wam albo Azrael powinien częściej robić kupkę, albo sprawa ma podłoże mniej somatyczne. Może tak jak Piotr Bartula chciałby zostać katem, tak Azrael marzy o fusze inkwizytora. Z lubością ratowałby przed szatanem moralnie przybrudzonych, no przecież tak wspaniale by wyglądał w ubranku jak z Matrixa na tle płonącego stosu. Nie mam czasu rozpisywać się, więc tylko przytoczę jeszcze komentarze, które mu zostawiłem: @ „Dziś wiadomo, że jest to kryzys wartości wybitnego człowieka.” Wciąganie koki jest takim samym upadkiem wartości jak picie alkoholu, palenie tytoniu czy brandzlowanie się do własnych @”najistotniejszym problemem, z jakim mamy do czynienia w przypadku Piesiewicza [..] to, że senator RP, prawnik, poddał się szantażowi […]. I to jest dla niego dyskwalifikujące, jako @ „Szantaż, wiarygodne podejrzenia nie tylko zażywania narkotyków, kokainy, ale również ich @”I chciałyby zobaczyć jeszcze Krzysztofa Piesiewicza w todze z zielonym żabotem na sali sądowej, lub obejrzeć film według jego scenariusza, a nawet wysłuchać jego głębokich i trafnych
wtorek, 06 września 2011
Historię przedstawioną na obrazku można zanalizować jako paradoks Dilberta albo szerzej jako problem Dilberta. Paradoks polega na tym, że z jednej strony głupio się zachowują i właściwie, należałoby coś z tym zrobić, z drugiej strony wytykanie im tego nie okazuje się godnym polecenia modelem Dilbert jako postać w komiksie jest przykładem niefartu moralnego, wytykanie po prostu nie wychodzi mu na zdrowie. Dilbert jako postać z komiksu jest bohaterem. Jest jak Winkelried,
niedziela, 04 września 2011
Ostatnimi czasy nabrałem mocnego przekonania, że należy tchnąć nowe życie w moją karierę zawodową. Postanowiłem, że po trzech latach na dziale mrożonek, pora poszerzyć doświadczenie zawodowe. Już jakiś czas o tym myślałem, ale dopiero niedawno pojawiła się okazja. Kiedy dowiedziałem się, że na warzywach podobno kogoś szukają wziąłem się zebrałem w sobie i zaraz po tym jak wyłożyłem dostawę, która przyszła po północy polazłem do Zośki, która szefuje na warzywniaku. Przepytała mnie dokumentnie. Pytała się dlaczego chce zmienić, to mówię szczerą prawdę, że chcę się rozwijać zawodowo. Pytała mnie, jakie mam plany na przyszłość, gdzie się widzę za dziesięć lat. Tu mnie trochę zgubiła, nie bardzo wiedziałem o co jej chodzi, ale wybrnąłem, że jeszcze bym chciał się rozejrzeć, przed podjęciem ostatecznych decyzji i, że za 10 to nie wiem, ale wiem, co będę za 100 lat robił (trochę dziwnie wtedy na mnie zerknęła). Test jakiś musiałem zrobić, nie do końca dobrze mi poszło. Na stówę wyłożyłem się jak mnie zapytała, które to klementynka, a które mandarynka i jak miałem rozróżnić banany fair trade od tesco value. Ostatecznie, to chyba nie miało znaczenia, bo po kilku dniach dostałem odpowiedź, że mnie biorą. I wtedy się zaczęło. Wieśka, moja szefowa, z mrożonek zabrała mnie do swojej kańciapy na piętrze i zaczęła mi opowiadać jakim to jestem dobrym pracownikiem, że bardzo dobrze wykładam te mrożonki, że tutaj mam dobrą opinię i przede mną świetlana przyszłość, że mogę tu szybko awansować, a na warzywach będę nowy, że mogę się tam nie przebić, bo na warzywach takich jak ja to mają pełno. Poza tym niech się zastanowię, bo przecież na mrożonkach to się dostaje buty i rękawiczki, a na warzywach to się nie dostaje. W ten deseń mnie chyba z godzinę mordowała, to w końcu powiedziałem, że się zastanowię jeszcze jak tak mówi. Poszedłem znowuż do Zośki, która nawiasem mówiąc niezła sztuka jest i mówię jej co i jak. A ta na to, że co ta Wieśka opowiada, że na warzywnym to przede wszystkim praca jest znacznie ciekawsza, że tu to bym się mógł rozwinąć, nowego doświadczenia zawodowego nabrać, że jak od zera jak przecież idzie za mną opinia. Nadal nie mam pojęcia, co zrobić ale com się nasłuchał, jaki to jestem fajny, to moje.
sobota, 03 września 2011
Słyszę o różnych głupstwach, które ludzie robią biorąc kredyt hipoteczny, w szczególności walutowy. Np. kiedy kurs danej waluty jest w dołku, niektórzy uważają to za znakomitą okazję i ochoczo biorą kredyt, potem zaś domagają się, żeby przytomna część obywateli ze swoich podatków pokrywała koszty ich ułomności intelektualnej. (Swoją drogą, skoro cywilizowane społeczeństwa pomagają ludziom poszkodowanym przez różnorakie zdarzenia losowe, to może powinny troszczyć się też o ludzi, którzy przecież nie ze swojej winy są mniej zorientowani w rzeczywistości i mają okrojone możliwości intelektualne). Ten sam przypadek za nic nie weźmie kredytu walutowego, kiedy ta osiąga szczyt kursu. Z repertuaru głupstw popełnianych w obliczu wzrostu kursu waluty przychodzą mi jeszcze dwa: 1. Przewaltowanie, czyli zakup gwarancji, że cały kredyt będziemy spłacać po niekorzystnym kursie. 2. Próba spłacenia całości lub większej części kredytu. Jak już piałem próba wcześniejszej spłaty kredytu zwłaszcza tak taniego jak kredyt we franku lub euro jest lekkomyślnością. Są to najtańsze pieniądze na rynku i różnie można je wykorzystać, więc nie opłaca się oddawać bankowi, jeśli nie trzeba. Biorąc pod uwagę tylko inflację proszę sobie wyobrazić ile te 1000 złotych raty będzie warte za 20 lat... Ja je wolę oddać bankowi za 20 lat.
czwartek, 11 sierpnia 2011
Bzdurę, że frank jest teraz bezpieczną przystanią powtarzają bez zastanowienia a zapamiętale dziennikarze, zdaje się najczęściej telewizyjni, bo ci mają najmniej czasu na myślenie. Przy takich cenach popyt na franka może wynikać z rozmaitych względów, ale nie wiem, czy ktoś poza dziennikarzami jest przekonany, że inwestowanie jest w tej chwili bezpieczne.
Jeśli komuś teraz udało się wziąć kredyt we franku, to świetnie, gratulacje, może się czuć super bezpiecznie i sporo zyska. Jeśli kupił, żeby bezpiecznie ulokować kapitał (a to sugerują dziennikarze), to właśnie dzisiaj stracił ponad 4% w stosunku do złotego, ponad 5% e stosunku do euro.
wtorek, 09 sierpnia 2011
Motto: Obraz jest jak tysiąc słów. Jeśli jest to obraz nagiej, pięknej kobiety, to te słowa układają się w sensowne zdania. przewrotnik
Poszukując zdjęć nagiej Elizy Michalik zacząłem od lektury artykułu o tym jak to fajnie radzi sobie Superstacja na rynku. Dlaczego, z tego miejsca? A bo musiałem się najpierw dowiedzieć jak ta sympatyczna, pyzata ślicznotka się nazywa. Niestety z nazwisk wzmiankowanych w tym zajmującym artykule jedynie „Pandorowska” coś mi mówiło: „nie pyzata, nie ślicznotka!”. Poszedłem więc do źródeł i na stronie Superstacji w jednej z galerii rozpoznałem mięciuteńki, w naprędce czynionej ocenie wzrokowej, obiekt moich westchnień. Dalej już powinno było pójść gładko, niestety z goryczą muszę odnotować, że po raz nie pierwszy google zawiodło moje zaufanie. Nie znalazłszy żadnych sensownych zdjęć głód poznawczy musiałem zaspokoić drogą mniej treściwą a bardziej okrężną. Eliza Michalik wbrew pozorom nie jest słodziutkim, lukrowanym pączusiem, jest raczej jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiadomo, co się trafi. Pani ta np. pracowała w tak ciekawych instytucjach jak Gazeta Polska, Gość Niedzielny, Ozon. Wydaje się, że przeszła więc sporą drogę stawiając w szranki z księdzu Małkowskiemu, który został na barykadach na których sama kiedyś stała. Niby panta rhei ale może nie było innego wyjścia po tym nieszczęściu z aferą plagiatową i równie ciekawymi próbami manipulacji hasłem Wikipedii. Mimo tego, że sporo linków już nie działa, to i tak można na tropach tej historii parę chwil spędzić. Nawiasem mówiąc pani Eliza twierdzi, że żadnych dowodów w sprawie smoleńskiej nie brakuje i żadne fakty nie są ukrywane, czym trochę wzruszyła moją niewzruszoną wiarę w jej dziennikarską solidność.
czwartek, 16 czerwca 2011
Komuś chciało się obśmiać ten przypadek i trzeba to docenić zalinkowaniem:) W ogóle całkiem niezły blog. Dobrze dobrane tagi :D |